Do granic

Dla jednych modlitwa różańcowa, w której w całej Polsce uczestniczyło około milion osób była akcją sięgającą do granic absurdu. Dla wierzących było to wyjście w przestrzeń publiczną z przesłaniem zaufania wobec Boga i powierzenia się wstawiennictwu Maryi. Akcja „Różaniec do Granic” zorganizowana przez Fundację „Solo Dios Basta” przy poparciu polskich biskupów niewątpliwie poruszyła opinię publiczną, nie tylko w Polsce. Warto zwrócić uwagę na kilka jej wymiarów.

Była to inicjatywa, którą w pełnym tego słowa znaczeniu można nazwać oddolną – zaproponowana i kierowana przez świeckich katolików, świadomych swojej wiary i odpowiedzialności za głoszenie Ewangelii. Tym, co ją wyróżnia spośród innych tego rodzaju inicjatyw było pełne poparcie ze strony polskiego episkopatu. Ostatecznie była to więc inicjatywa całego Kościoła w Polsce, która stała się przykładem udanej i owocnej współpracy między świeckimi i pasterzami.

Rozmiary uczestnictwa w „Różańcu do Granic” zaskoczyły zapewne nawet samych organizatorów, ale musiały też poważnie zaniepokoić krytyków. Okazało się bowiem, że w polskim Kościele, mimo agresywnej promocji stylu życia „jakby Boga nie było”, istnieje ogromna rzesza katolików świadomych swojej wiary i nie wstydzących się wyznawania jej wobec świata. Modlitwa różańcowa setek tysięcy ludzi była jednym z tych momentów w najnowszej historii Polski, które pozwoliły doświadczyć niezwykłego poczucia wspólnoty. W odróżnieniu jednak od innych momentów, tym razem nie chodziło o reakcję na tragiczne wydarzenia, jak np. śmierć Jana Pawła II czy też katastrofa smoleńska, ale o wspólnotę modlitwy zawiązaną w samym środku codzienności, bez związku z jakimś wstrząsającym wydarzeniem.

„Różaniec Do Granic” nie był oczywiście jedynie jakimś religijnym happeningiem. Nawiązania z jednej strony do liturgicznego wspomnienia Matki Bożej Różańcowej, a tym samym do zwycięstwa odniesionego w 1571 r. nad zagrażającą chrześcijańskiej Europie flotą Imperium Osmańskiego, a z drugiej do setnej rocznicy objawień w Fatimie, sprawiają, że ta masowa wspólna modlitwa stała się wyrazem żarliwego pragnienia odnowionego głoszenia światu Ewangelii i uchronienia go przed ateizacją.

W tym sensie „Różaniec Do Granic” stał się rzeczywiście mocnym wyrazem odmiennego od dominującego w obszarze europejskich i światowych elit pomysłu na kształt społeczeństwa. W ramach tego forsowanego także przez największe ponadnarodowe organizacje projektu reedukacji społeczeństw wiara w Boga jest jedynie czymś prywatnym, czymś, co wstydliwie należy ukrywać i co w żaden sposób nie może mieć wpływu na stanowione prawo i ogólnospołeczne standardy moralne. Przestrzeń publiczna ma być „neutralna”, co w praktyce oznacza – ateistyczna. Każda inicjatywa ludzi wierzących w przestrzeni publicznej jest traktowana z wielką podejrzliwością, a im jest silniejsza, z tym większą wrogością jest zwalczana. Tymczasem wierzący chcą jedynie tego, do czego mają przecież prawo na równi ze wszystkimi inaczej myślącymi: chcą w dyskusji na temat kształtu świata, Europy i Polski być traktowani poważnie wraz ze swoimi przekonaniami oraz swoją zbudowaną w oparciu o wiarę kulturą i tożsamością; chcą mieć taki sam wpływ na życie społeczne, stanowienie prawa i życie publiczne, jaki mają inni.

Wśród komentarzy, jakie pojawiły się po „Różańcu Do Granic” były także takie, które wyrażały poczucie wstydu i zażenowania wobec stopnia rzekomego zacofania i zaściankowości setek tysięcy wierzących Polaków. Poza brakiem taktu i podstawowej tolerancji wobec inaczej wierzących tego rodzaju komentarze ujawniają głębokie kompleksy, jakie wyrażający je mają wobec europejskiego i światowego laickiego establishmentu.

Kiedy ogląda się zdjęcia rozmodlonych tłumów podczas „Różańca Do Granic” przychodzi na myśl pewna scena ze starotestamentalnej Księgi Jozuego. W jednym z decydujących dla historii narodu wybranego momentów Jozue zwraca się do zgromadzonych współziomków z niezwykłym apelem: każe im mianowicie dokonać jasnego wyboru między bogami obcymi a wiarą w Jahwe – Boga Izraela: Gdyby jednak wam się nie podobało służyć Panu, rozstrzygnijcie dziś, komu służyć chcecie, czy bóstwom, którym służyli wasi przodkowie po drugiej stronie Rzeki, czy też bóstwom Amorytów, w których kraju zamieszkaliście. On sam składa przy tym jasną deklarację: Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu” (Joz 24, 15).

 

Marian Machinek MSF

Sakrament jedności

W historii Kościoła zdarzało się nieraz, że natchnienia, dane pojedynczym wierzącym, robiły niezwykłą „karierę” w Kościele. Taka jest też historia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, czyli Bożego Ciała. Uroczystość ta jest obchodzona już przez ponad siedem wieków, a dla każdego Polaka kojarzy się ona nieodłącznie z procesją z Najświętszym Sakramentem po ulicach miast i wiosek. W pewnym sensie jest to jakaś demonstracja wiary, ale jeżeli już – to tylko w pewnym i to bardzo specyficznym sensie. Przecież nie ma tu żadnych transparentów, ani okrzyków, ani skandowania. Jest raczej publiczna adoracja i osobiste świadectwo tych, którzy na oczach innych (i wobec ich nierzadko niewybrednych komentarzy) idą za eucharystycznym Chrystusem.

Boże Ciało to jednak przede wszystkim okazja do głębszej refleksji nad znaczeniem Eucharystii. Jest ona samym sercem publicznego kultu Kościoła katolickiego i – jak czytamy w soborowej Konstytucji o Liturgii Świętej – „szczytem i źródłem” całego życia Kościoła (KL 10). Przyjmowanie Eucharystii ma przede wszystkim istotne znaczenie dla osobistej pobożności każdego katolika. Oto poprzez przystępowanie do Komunii Świętej włączam całe moje życie, moje sukcesy i porażki, w to ostateczne oddanie Jezusa Ojcu w niebie, jakie dokonało się w Ofierze Krzyża. Oto przyjmuję Chrystusa do swojego życia i pozwalam, by było one przez Niego przemieniane.

Ten silny indywidualny rys zawsze cechował udział katolików we Mszy św. Czasami jednak sprawiał, że on, że znaczenie Eucharystii było zawężane do tej – niewątpliwie ważnej, ale nie jedynej – osobistej relacji pojedynczego wierzącego z Chrystusem. Nie jedynej, bo jest jeszcze wspólnotowy wymiar Eucharystii. Wskazuje nań Paweł, pisząc do chrześcijańskiej wspólnoty w Koryncie: Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba (1 Kor 10,17). Wielu przyjmuje jeden chleb, jednego Chrystusa, który stanowi podstawę jedności głębszej, niż wszelkie inne ludzkie więzy, także więzy krwi. Ta rzeczywistość umyka uwagi wierzących, bo gdzieś na dnie naszego serca jesteśmy indywidualistami i po części – egoistami. Nie dostrzegamy, że Eucharystia tworzy z nas jedno Ciało. Ten fakt dotyczy nie tylko życia duchowego i religijnego, ale powinien mieć realne przełożenie na wszelkie relacje międzyludzkie, a zważywszy, jaki procent stanowią w Polsce katolicy, także na życie społeczne i polityczne. Nie oznacza to oczywiście i nie może oznaczać jakiejś unifikacji. Nie oznacza, że nie możemy się różnić, popierać odmienne rozwiązania polityczne, zmagać się o to, co uważamy za właściwe, toczyć spory o kierunki rozwoju kraju. Owszem możemy, a nawet powinniśmy to czynić, jeżeli mamy pozostać uczciwymi, szczerymi ludźmi.

Jednak tam, gdzie znika ostatnia nić porozumienia, a pozostaje już jedynie niechęć, a nawet nienawiść, dążąca do zniszczenia drugiego – jeśli nie fizycznie, to przynajmniej społecznie, niszcząc jego dobre imię i posądzając o najgorsze intencje i zamiary – tam ten wspólnotowy wymiar Eucharystii zostaje podeptany. Widać to niestety w dyskusjach politycznych, w kampaniach społecznych, na forach internetowych, w pracy dziennikarzy, a nawet w prywatnych rozmowach. Stosunki społeczne w Polsce osiągnęły poziom agresji, którego do tej pory nie było. Najbardziej smutne jest to, że wśród tych, którzy się nawzajem lżą i niszczą, są także katolicy. Ci sami, którzy potem podchodzą do tego samego eucharystycznego stołu i przyjmują tego samego Jezusa. Gdy ktoś zdecydowanie odrzuca wolę pojednania i pragnie zniszczyć drugiego, a potem przyjmuje Eucharystię, postępuje tak, jakby wyrzucił świętą hostię w krzaki lub wdeptał ją w błoto ulicy. Taka postawa to jeden z najbardziej podłych rodzajów świętokradztwa.

Jeszcze bardziej szokuje, gdy tego rodzaju postawy i wypowiedzi wychodzą z ust duchownych, nawet jeżeli zostały wyrażone w prywatnej rozmowie. „Nie polemizować, zniszczyć!” – te słowa, wypowiedziane przez katolickiego kapłana, a upublicznione niedawno w mediach, można uznać za ikonę pewnej postawy, która w drastyczny sposób przeczy temu wspólnotowego wymiarowi Eucharystii. Trudno się dziwić, że inaczej wierzący i niewierzący nie będą skłonni do zrozumienia tajemnicy Eucharystii. Jednak wobec zaostrzającego się konfliktu społecznego najwyższa pora, by katolicy zdali sobie sprawę z tego, jakie zobowiązanie przyjmują na siebie, przystępując do Komunii Świętej.

Ks. Marian Machinek MSF

UROCZYSTOŚĆ NARODZENIA ŚW. JANA CHRZCICIELA – JAŚKOWICE

 

Kim jestem bardziej: bohaterem czy aktorem?

 

To jest mój drugi pobyt w tej parafii. Trzy miesiące temu miałem okazję spotkać się z dziećmi i młodzieżą w czasie rekolekcji wielkopostnych. Tamta wizyta pozostała w mojej pamięci bardzo żywa do dziś, bo jestem zachwycony prostotą i szczerością Waszych dzieci, które w większości są  ukierunkowane na dobro, co jest zasługą Waszego wychowania…Więc gratuluję.

Skoro dziś zgromadził nas tu Jan Chrzciciel, to postarajmy się wyciągnąć z tego spotkania jakąś lekcję, która w nas pozostanie i mam nadzieję, wyda owoce.

                O Janie Chrzcicielu było już bardzo dużo powiedziane przez poprzednie odpusty parafialne i nie chciałbym powielać pewnych określeń dotyczących jego osoby, ale proszę popatrzeć na niego i zastanowić się, co człowiek żyjący na pustyni 2000 lat temu, ubierający się bez żadnego gustu, jedzący byle co, przez niektórych w takim razie uznany za dziwaka, czego taki człowiek może nas nauczyć w 21. wieku? Jaką może dać nam lekcję?

                Okazuje się, że Jan Chrzciciel to jest jeden z lepszych świętych na dzisiejsze czasy! Proszę zobaczyć jak go określa Biblia: ciągnęła do niego cała Jerozolima i Judea. Co było takiego w Janie Chrzcicielu, że przyciągał do siebie?

                Fascynował dwoma rzeczami: fascynował swoją męskością (to był duchowo twardy facet)i żył tak jak mówił. W Janie nie było aktorskiej gry. Jan był prosty. Jan był spójny, był prawdziwy. Taka postawa jest dziś przez mądrych ludzi bardzo poszukiwana, bo aktorstwa mamy po dziurki w nosie.  Gdy załączymy telewizję i pooglądamy co się dzieje na scenach ekonomicznych, politycznych czy nawet kościelnych, zaczyna nas męczyć aktorstwo, które tam widzimy.

                 Jan Chrzciciel jest nam dany po to, byśmy uczyli się od niego jak żyć z ewangelią w sercu niezależnie od warunków zewnętrznych: niezależnie od tego kto rządzi w państwie, niezależnie od tego jakiego mam szefa w pracy, czy niezależnie od tego czy jestem zdrowy, czy jestem chory.Dziś patrząc na niego, mając w świadomości w jakim środowisku żyjemy, mieszkamy i pracujemy musimy zadać sobie przewodnie pytanie naszego spotkania: kim w takim razie jestem bardziej- bohaterem czy aktorem?

Dla zobrazowania o co mi chodzi, kilka scen:

Przychodzi pan do kancelarii – teoretycznie katolik - i prosi o zaświadczenie, że może być chrzestnym.

- Czy jest pan wierzący i praktykujący?

– No… wie ksiądz… wierzę, ale do kościoła to różnie

- Czyli nie mogę się pod tym z czystym sercem podpisać? – i pokazuję druk na którym jest napisane – że ktoś jest wierzący i praktykujący i może być dopuszczony do godności ojca czy matki chrzestnej.

- No… nie bardzo, rozumie ksiądz, praca, praca… takie czasy…

- Nie,nie rozumiem…

Zastanawia mnie, dlaczego w takich sytuacjach ludzie przychodzą w ogóle do kancelarii? O co im chodzi? Jaką on rolę przede mną odgrywa i w jakim celu? Przecież skoro nie ma wiele wspólnego z religijnością, to po co cały ten cyrk?

                Scena kolejna – mężczyzna 46 lat, teoretycznie katolik: Kościół to samo zło, a księża do zdziercy i czarna mafia … - To w takim razie, skoro Kościół jest taki zły i księża również, to napisz w testamencie i poinformuj rodzinę, że nie chcesz aby przy twojej śmierci był ksiądz z sakramentami; napisz, że nie chcesz księdza na pogrzebie.

 – Nie no przecież, jak to pogrzeb bez księdza…

- To albo bądź konsekwentny w postawie albo przestań takie głupoty gadać, bo odgrywasz aktorską rolę.

                Scena trzecia – wizyta lekarska, kobieta lat 33 teoretyczna katoliczka z małym dzieckiem na ręku, a z drugim w ciąży.

- Panie doktorze, ujmę sprawę tak. Jest mi ciężko w życiu, ciągle zajmuję się dzieckiem, nie mam czasu dla siebie.

- Czy ma pani męża?

- Mam, ale on ciągle w pracy.

- Czego pani ode mnie oczekuje.

- Może mały zabieg panie doktorze? Bo nie jestem gotowa na drugie dziecko. Chcę aborcji.

- Który miesiąc?

- Drugi.

- Mam inny pomysł – mówi lekarz - będzie pani lżej. Może zabijemy to dziecko, które pani ma na rękach, do porodu zostało 7 miesięcy i przez ten okres pani sobie odpocznie i potem urodzi się to drugie dziecko i z nowymi siłami podejmie się pani zadań matki i żony.

- Co proszę? Jak pan tak mógł powiedzieć?

- To pani jak tak może myśleć?!!!

                Odpowiedź na pytaniekim jestem bardziej: bohaterem czy aktorem jest bardzo ważna, gdyż pokazuje wg jakich kategorii staramy się żyć. Aktorstwo w podejściu do Boga sprawia, że stajesz się faryzeuszem, albo fanatykiem. A to denerwuje.

                Mieszkałem kiedyś w małej miejscowości. Małe społeczności mają to do siebie, że na drugim końcu wsi 5 minut później wiedzą, co się wydarzyło u mnie u mnie w domu. Może się okazać, że ktoś w małej społeczności żyje kilka lat, a do głowy ma tłuczone: nie rób tak, bo co sobie ludzie pomyślą. I czasami może się okazać, że ktoś rezygnuje ze zrobienia jakiegoś dobra, w obawie, że to będzie źle odczytane… Momencik… Komu ty się masz podobać w zachowaniu? Sąsiadowi? Jakiejś tam pani, która wie wszystko co się we wsi dzieje i jest jak Radio Wolna Europa? Ty masz się podobać Bogu!Więc jeśli robisz coś, co inni obgadują, ale masz spokojne sumienie i nic ono ci nie wyrzuca, że robisz coś złego, to rób tak dalej, a gadaniem ludzi się nie przejmuj! To jest ich problem, że cię osądzają. Ty masz być światłem. Idź za głosem sumienia! Wtedy jesteś bohaterem.

                W starożytnym chrześcijaństwie ewangelizacja zaczynała się od przykładu: Franek opiekował się Józkiem, bo ten był chory, a po dwóch tygodniach Józek się pyta Franka:

- Ile chcesz za tą opiekę.

Franek:

- Nic.

 Józek na to:

- Jak to nic?

Na co Franek:

- No nic, bo Jezus kazał mi być miłosiernym…

- A kto to jest ten Jezus?

… i zaczynała się ewangelizacja… i w końcu Józek mówi:

 – To ja też chcę być taki jak ty.

I Franek prowadził Józka do biskupai mówi: biskupie Józek chce być chrześcijaninem. A biskup na to: Józek, super. Przyjdź tu za dwa lata i zdecydujemy. Na te dwa lata Józek był włączany do tzw. tiazy – to była grupa ok 10 chrześcijan, która miała za zadanie wprowadzić Józka w chrześcijaństwo i wydać potem o nim opinię: czy się modli, czy jest miłosierny itd. I dopiero wtedy Józek był ochrzczony. Dopiero wtedy Józek wkraczał w świat bohaterów.

                Bohaterstwo ewangeliczne, którego uczy nas Jan Chrzciciel właśnie na tym polega, że swoją postawą zmuszamy niejako innych ludzi do postawienia nam pytania: a dlaczego ty tak żyjesz? Dlaczego nie jesz mięsa w piątek? Dlaczego chodzisz do kościoła? Dlaczego nie zdradzasz swojej żony? Dlaczego jesteś uczciwy w pracy? Dlaczego nie chodzisz w niedzielę na zakupy?

Niech pytają! Ty bądź światłem! Bądź bardziej bohaterem niż aktorem!

                Święci pokazują co to znaczy być człowiekiem sumienia w pogańskim świecie. Biblia nazywa nawet głupcami tych, którzy mówią: „nie ma Boga”.

Ktoś powie teraz: „proszę księdza, no dobrze, ale jak ja mam zmusić mojego męża, mojego syna czy córkę, żeby do kościoła chodzili?”

                Nie zmuszać! Nie wolno!Nigdzie w Ewangelii nie ma nakazu: nawracajcie innych. Jest:nawracajcie się!!! Ale jest też:idźcie i głoście!

Z punktu widzenia Ewangelii jak ktoś chce być głupcem - może. Jak ktoś chce zabijać-może. Jak ktoś chce kraść - może. Jest wolny. Z pogaństwem nie trzeba walczyć!!! Trzeba świadczyć, jak wygląda życie, kiedy Bóg jest Tatą, Maryja Mamą, a Jezus Bratem. Oczywiście jeśli widzę, że ktoś bije kogoś - reaguję w odpowiedni sposób. Chodzi mi o to, że od niewierzących nie należy domagać się aby zachowywali hierarchę wartości jaką posiada wierzący. Ona jest tylko i wyłącznie dla nas, dlatego wg niej żyjemy. Pretensje do pogan, że nie żyją wg dekalogu są nieporozumieniem, oni dekalogu nie uznają więc jak mają wg niego żyć? I po co się wnerwiać, że ktoś jest głupcem. Jak tak chce to proszę bardzo.

                W starożytnym chrześcijaństwie to była norma, że w jednym domu mieszkali chrześcijanie i w niedzielę szli na Eucharystię, a w drugim domu mieszkali poganie, którzy szli do domu uciech. Nikt się temu nie dziwił. Każdego dnia masz wybór. Wybór ma to do siebie, że możesz się nim pochwalić. Nazywamy to odpowiedzialnością. I poganin, i człowiek Ewangelii wezmą odpowiedzialność za swoje wybory. Bóg mówi: nie zabijaj. Ale tylko człowiek, który liczy się ze zdaniem Boga weźmie to sobie do serca. Poganin, nieuznający Boga - ma gdzieś co Bóg mówi.

Sąsiad kosi trawę w niedzielę. Mogę go poprosić, żeby przestał, bo mamprawo do odpoczynku i nie chcę słyszeć wyjącego silnika, ale jeśli sąsiad tego nie zrobi to jest jego problem, nie mój. On nie uznaje niedzieli jako dnia świętego. Szkoda, że nie potrafi uszanować innych, ale to jest jego problem.

                Proszę pamiętać, że to jest mit, że Polska jest katolicka. Wielu jest wśród tzw. katolików - aktorów. I nie należy się temu dziwić. Proszę jednak mieć tą świadomość, że przyszłość Kościoła zależy od prostych ludzi o głębokiej wierze. Przyszłość Kościoła nie zależy od mądrości biskupa, księdza czy całego episkopatu. Przyszłość kościoła i chrześcijaństwa zależy od zwykłych ludzi, żyjących na co dzień ewangelią. Od nas; od człowieka z Jaśkowic, z Zawady, z Zawiści… Dlatego tak ważne jest określenie się, czy jestem bardziej aktorem czy bohaterem…Bo jak jesteś bohaterem w swoim środowisku, to zaczniesz być światłem, rozumiesz?

Bardzo proszę szukać w swoim gronie bohaterów. Oni są, tylko trzeba przestawić swoje myślenie na inny poziom aby ich zobaczyć, bo dla bohatera ewangelicznego liczy się przede wszystkim zbawienie i wszystko co służy zbawieniu jest dobre, a co nie służy zbawieniu jest złe.

Dla mnie pierwszym bohaterem jest mój tata. W seminarium godzinami mówili nam o wartości modlitwy, a dopiero mój tata pokazał mi wartość modlitwy i zrobił to w to w ciągu 3 sekund. Gdy kiedyś wróciłem ze studiów i chciałem oglądnąć wiadomości o godz. 23 w tv, wchodzę do pokoju, gdzie rodzice mają telewizor, a tu patrzę, tata klęczy i się modli. Nic w tym nie byłoby szczególnego, gdyby nie fakt, że tata był po 16 godzinach ciężkiej pracy. Zresztą przez 2,5 roku ciągnął dwie roboty na raz, by zarobić na prymicje. Mamy sporą rodzinę. Z najbliższej rodziny na obiedzie było 96 osób, wszystkich obiadów było wydanych 215. Widząc go klęczącego mi było głupio, bo ja nie miałem takiej wiary jak on, choć uczyłem się na księdza. Patrząc na jego życie, to wiem skąd on ma siłę, żeby ogarnąć pracę, dom, zakupy zrobić, wnuczkami się zająć, obiad ugotować, mimo tego, że mama miała na godz. 6 do pracy a on na 14 to wstawał z nią, robił jej śniadanie, pastował buty i szykował słoik z wodą święconą. I tak 40 lat.

                Bohaterką jest Kaśka, moja koleżanka ze szkoły średniej. Żona i mama dwójki dzieci. 39 lat. Pracuje w jednym z urzędów. Poprzez swoją postawę uczy mnie zaufania Bogu, pokazała mi, że żyjąc w rodzinie i mając codzienne obowiązki domowe jest się w stanie tak dzień zorganizować, żeby znaleźć każdego dnia czas na spotkanie ze Stwórcą. Kaśka ma przy łóżku Biblię i Dzienniczek Faustyny. Rano przez kilka minut czyta Biblię wieczór przez kilka minut Dzienniczek.

                Myślisz sobie, że jesteś za słaby, by być bohaterem? Posłuchaj tego:   

kilka lat temu w jednej ze szkół dyrektor ogłosił na konferencji dla nauczycieli, że będzie ściągał krzyże z sal lekcyjnych. Wezwał na tą konferencję pana Andrzeja, woźnego, który znany był z tego, że za kołnierz nie wylewał. P. Andrzej był kilka razy na izbie wytrzeźwień. Gdy dyrektor na konferencji powiedział p. Andrzejowi: proszę zdjąć krzyże, p. Andrzej powiedział, że nie zrobi tego. Na sali konsternacja, bo ktoś publicznie sprzeciwił się dyrektorowi. Dyrektor mówi, że ma to zrobić. A Andrzej na to: panie dyrektorze, jak ja pijany leżę w trawie, w rowie to tylko Pan Jezus z tego przydrożnego krzyża się na mnie patrzy. Jak ja mam go teraz zdejmować???  I w ciągu trzech godzin p. Andrzej alkoholik miał we wsi większy szacunek niż dyrektor szkoły. Rozumiesz o co chodzi w bohaterstwie? Chodzi o miłość, a nie o doskonałość.

Do bohaterów, którzy wykorzystują łaskę, mogę zaliczyć moich znajomych. Mają ślub cywilny. Są po 50-tce. W związku z tym, że żyją ze sobą jak brat ze siostrą, mają pozwolenie, by przystępować do sakramentów. Potrafili tak swoje wnętrze ukształtować, że dla nich podejście do Komunii Świętej jest ważniejsze, niż podejście do swoich ciał na sposób małżeński.

                Bohaterką jest moja mama. Za każdym razem gdy wychodziła z domu do pracy żegnała się wodą święconą przygotowaną przez tatę w małym słoiczku. Bohaterką była wtedy gdy w nowej pracy miała wredną kierowniczkę, która przez kilka lat poniżała mamę. A moja mama odpłacała jej za to miłością i życzliwością. Mamo wiedz, że staram się w tym Ciebie naśladować. Nie wspomnę już o ogarnięciu domu, zawsze obiad, zawsze czas dla dzieci, mimo tego, że z dojazdem do pracy każdego dnia była po za domem 12 godzin.

                Bohaterowie to te osoby, które boją się pójść do spowiedzi ale idą, bo tęsknota za wewnętrznym pokojem jest u nich silniejsza od strachu.

Bohaterowie to osoby, które są światłem w swoim domu. Nikt do kościoła nie chodzi, a dziecko idzie.

                Bohaterowie to dla mnie osoby, które wahają się czy iść w niedzielę do kościoła czy nie. Ale idą, bo wiedzą, że idą tu po to, by przyjąć Komunię świętą.

                Bohaterowie to gigantyczne grono osób, którzy w swoich domach opiekują się każdego dnia chorą osobą. Śpią przerywanym snem, potem idą do pracy.

                Bohater (bohaterka) to osoba, która przede wszystkim wie kim jest, zna swoją wartość i godność. Bohater słucha sumienia, bo zdaje sobie sprawę, że w świecie, w którym logika działań i postaw zależy od pieniędzy i zaszczytów muszą być wartości niezmienne, które mają dać światło i jednocześnie są przejawem wolności. Bohater to nie jest człowiek, który się nie myli i nie popełnia błędów. Bohater powstaje.

                To są ludzie prawdy, którzy mają po dziurki w nosie aktorskiej gry. To są bohaterowie, którzy słuchają głosu sumienia i nim kierują się w codziennym działaniu. Mają swoją koncepcję świata i taką perspektywę oglądu rzeczywistości, która pozwala na zachowanie ewangelicznego pokoju. Bohater nie stara się rozumieć logiki świata. I proszę nie starać się rozumieć logiki świata. Trzeba znać jej mechanizmy ale szkoda czasu na rozumienie. Zresztą co to za logika, w której 62 najbogatsze osoby na świecie ma tyle pieniędzy co 3,5 miliarda ludzi? Skupmy się na poznawaniu logiki Bożej. Ona daje siłę, ona jest mocą i co najważniejsze daje wolność - i to jest piękne!!!

Bohater wie, że najważniejsze jest to, co o nim myśli Bóg; masz się podobać Bogu a nie ludziom. Masz być człowiekiem sumienia, jak Jan Chrzciciel.

Proszę teraz uważać i matematycznie zobaczyć jedną rzecz. Doba ma 1440 minut. W ciągu doby: pracujemy, śpimy, odżywiamy się itd. Jeden procent czasu z 1440 minut to 14 minut i 14 sekund.  Moje pytanie jest: czy swojemu Stwórcy dajesz codziennie 1% czasu? Czy Temu, który Cię podtrzymuje w istnieniu, który w Jezusie umarł za Ciebie, dajesz przynajmniej 1% czasu na dobę? Dajesz 14 minut? Bo wiesz o co chodzi? Chodzi o to, by twoje mówienie: jestem chrześcijaninem - nie było aktorstwem.

Tylko przez wolny wybór możemy być z Bogiem lub nie. Bo On jest do naszej dyspozycji zawsze. Pytanie tylko czy chcesz?

Proszę w nadchodzącym tygodniu zawalczyć o jeden procent dziennie na oddanie tego czasu Bogu. 14 minut. Dlaczego? Bo tego potrzebuje nasze wnętrze, bo to jest pokarm. Bo modlitwa jest podłączeniem się do Źródła miłości. Przecież co chwilę dajemy innym miłość: dzieciom, żonie, mężowi. Pokłady się wyczerpują. Trzeba pokłady miłości uzupełniać. Nie da się tego zrobić przez kotlety. Modlitwa jest podłączeniem się do Źródła, do Boga, bo Bóg jest miłością a kto trwa w miłości trwa w Bogu a Bóg trwa w nim. 14 minut dziennie… ! To jest proste.

Idźmy w świat zostawiając aktorski świat, a zbliżmy się do świata bohaterów, niech zaświeci nasze światło! Niech Duch Święty nas umacnia.

 

 

 

Zegar

Liturgia słowa

Czytania:

  • Ewangelia:

Licznik

Liczba wy¶wietleń:
163004