Kler Smarzowskiego

Październik 2018Co czuje katolicki ksiądz wychodząc z kina po obejrzeniu filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego? Czuje się podle, odczuwa wstyd i przygnębienie, czuje się przybity i po prostu brudny. Tak, są w Kościele katolickim księża-pedofile, którzy popełniają te okropne zbrodnie na najbardziej niewinnych! Są tacy, którzy zdradzają swój celibat i prowadzą podwójne życie, w którym wzniosłym słowo na ambonie towarzyszy skrywana skrzętnie niemoralna relacja seksualna! Są księża karierowicze i intryganci! Są uwikłani w podejrzane interesy z polityką i biznesem! Są też tacy, dla których ważniejsze od Ewangelii są pieniądze! Są księża, którzy nawet w obecności swoich świeckich parafian klną bez żenady i opamiętania! Tak, są tacy księża! Chociaż są wąskim marginesem wśród duchownych, ich obecność w duszpasterstwie i kościelnych strukturach jest hańbą, która musi być powodem wstydu, ogromnego zażenowania, a w końcu i gniewu dla każdego, kto identyfikuje się z Kościołem. Smarzowski pokazuje kilka takich postaci w całej ich odrażającej brzydocie i moralnej nędzy. Pokazuje też rozmiar krzywdy, jaki wyrządzają. Widzowi mogą przyjść na myśl słowa Kardynała Josepha Ratzingera z nabożeństwa drogi krzyżowej w 2005, jaką odprawiał w rzymskim Koloseum pod nieobecność mocno już schorowanego Jana Pawła II:  Ile brudu jest w Kościele, i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego! Ileż pychy i samouwielbienia! […] Przeraża nas brud na szacie i obliczu Twego Kościoła. Ale to my sami je zbrukaliśmy!Świadomość tego, jak bardzo grzechy duchownych niszczą wiarygodność głoszonej Ewangelii, jest mocno przygnębiająca. Przygnębiający jest rozmiar zgorszenia, najpierw wobec tych najwierniejszych, którzy zaufali słowom kapłana, a ten potem ich zdradził. Wstrząsające jest też zgorszenie wobec niewierzących, dla których grzechy kapłańskie stanowią usprawiedliwienie dla ich własnej niewiary.Ale to nie wszystko. Katolicki ksiądz wychodząc z kina po obejrzeniu filmu „Kler” czuje się też głęboko skrzywdzony. Nie ma on pretensji do reżysera, że wyraziście ukazał grzechy księży; jedyną reakcją na to może być jedynie pokorna gotowość do pokuty. Ma jednak pretensje, że przedstawiciel środowiska filmowego, które jest dumne z łamania stereotypów i przekraczania uprzedzeń, sam tworzy w tym filmie ohydny stereotyp i podsyca najgorsze uprzedzenia.Całościowy obraz duchowieństwa (a już sam tytuł filmu taki zamiar twórcy sugeruje), który Smarzowski kreśli w swoim filmie, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Mimo tego, że przedstawione kapłańskie grzechy są niewątpliwie realne i kiedyś/gdzieś się wydarzyły, „Kler” nie jest filmem o klerze katolickim, ale o klerze Smarzowskiego. Film ten obnaża wyraziście uprzedzenia i antykatolickie fobie jego twórcy. W „Klerze” nie ma pozytywnych przedstawicieli Kościoła. Jest bagno, w którym obok predatorów i krzywdzicieli, szantażystów i sitw złożonych z ugładzonych sługusów, są jedynie naiwni i użyteczni idioci. Do tego są jeszcze siostry zakonne zezwalające w podległych sobie placówkach na przemoc i gwałty wobec nieletnich. I nikt więcej. Przed oczami widza paradują najbardziej odrażające typy ucieleśniające moralne zepsucie, cynizm i jakie sobie tylko można wymyślić zło, które zostaje zestawione z twarzami ofiar, opowiadających, jak w dzieciństwie były molestowane przez duchownych. Najgorsze ze wszystkich i najbardziej moralnie zdeprawowane charaktery to ci, którzy mają władzę w Kościele (biskup) oraz ci, którzy są wysyłani do Watykanu, i którzy swój awans zawdzięczają umiejętnym intrygom. Dla kogoś, kto ze zrozumiałym wzburzeniem ogląda sceny moralnego upadku, które są podlane obficie sosem sączących się w tle transmisji telewizyjnych z wypowiedziami hierarchów głoszących naukę Kościoła, postać księdza, szczególnie księdza głoszącego homilię, musi odtąd kojarzyć się z moralnym bagnem. Nie można oprzeć się wrażeniu, że film ma wdrukować pewne obrazy, schematy myślowe i skojarzenia, by ostatecznie obrzydzić widzowi wszystko, co jest związane z kapłańską sutanną. Owszem ksiądz oskarżony o pedofilię i jego kolega w sutannie mający kochankę, którą nakłania do dokonania aborcji jego dziecka, mogą nawet zyskać pewną sympatię widza. Dzieje się to jednak tylko dlatego, że sami są ofiarami systemu: są tacy, jacy są, bo zostali skrzywdzeni przez innych duchownych lub byli na tyle naiwni, by wierzyć w jakieś duchowe ideały. Wyjaśnienia Smarzowskiego, że w swoim filmie nie chce atakować samej wiary, trzeba uznać za śmieszne. Scena przedstawiająca biskupa biesiadującego z tuzinem swoich pracowników kurialnych, przywołuje w wyobraźni niemal automatycznie obraz ostatniej wieczerzy, a jest tylko jedną ze scen, która sprowadza wiarę do prymitywnej gry żądz i intryg. Smarzowski zdaje się nie znać ofiarnych i oddanych kapłanów, służących ludziom, uczciwych, a przede wszystkim żyjących wiarą. Nie ma ich wśród głównych bohaterów, ale nie było ich także, jak sugeruje film, wcześniej. Uwidoczniony na dawnych taśmach z jakichś Mszy za Ojczyznę sprzed trzydziestu lat charyzmatyczny ksiądz przemawiający do ludzi z transparentami „Solidarności”, także okazuje się być pedofilem, który swoją małoletnią ofiarę straszy piekłem, gdyby zdradziła komuś, co ją spotkało. Reżyser nie chce słyszeć o tym, że skandaliczne grzechy, szczególnie grzechy pedofilii, są popełniane przez znikomą mniejszość duchownych. Tego typu wyjaśnienia są w filmie umiejętnie powiązane z najbardziej odrażającymi zachowaniami księży i przez to zdyskredytowane i unieważnione. Trudno też nie dostrzec ostatecznego przesłania, które Smarzowski sugeruje widzowi: tak dogłębnie moralnie zdegradowany, mafijny system, jakim jest Kościół katolicki, nie ma prawa wypowiadać się na tematy moralne, nie ma prawa mówić publicznie o takich przewijających się w tle akcji filmu tematach, jak problem aborcji, in vitro czy moralności seksualnej,.Co więc w sumie czuje katolicki ksiądz wychodząc z kina po obejrzeniu filmu „Kler”? Nie ma on wątpliwości, że to, co obejrzał, jest umiejętnie wyreżyserowaną, dobrze nakręconą i nieźle zagraną antykatolicką agitką. Ale to stwierdzenie nie uspokaja wcale jego serca. Amunicji do tego ataku nie trzeba było długo szukać.

 Marian Machinek MSF

Kara śmierci sprzeczna z godnością człowieka

Ćwierć wieku po ogłoszeniu przez Jana Pawła II Katechizmu Kościoła Katolickiegopapież Franciszek postanowił na nowo sformułować kościelne nauczanie dotyczące kary śmierci. Zmiana ta została uzasadniona rosnącą w Kościele powszechnym świadomością szacunku dla każdego życia ludzkiego, także dla życia osoby, która dopuściła się ciężkich przestępstw. Jak to już podkreślał Jan Paweł II, nawet morderca nie traci swojej osobowej godności, gdyż nie przestaje być osobą stworzoną przez Boga.

Sam fakt zmiany tekstu Katechizmu Kościoła Katolickiegonie jest niczym nadzwyczajnym. Kilka lat po opublikowaniu pierwszej wersji Katechizmu, w roku 1998, Stolica Apostolska wprowadziła szereg zmian w jego tekście, publikując tzw. Corrigenda. Ciekawe jednak jest to, że wtedy także dokonano istotnych zmian w tekście numerów dotyczących kary śmierci.

W pierwotnym tekście Katechizmuz 1992 roku kwestia kary śmierci omówiona została w kontekście problemu uprawnionej obrony. Katechizmowy tekst wskazywał na legalność stosowania przez państwo sankcji wobec przestępców nie wyłączając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi (nr 2266).

W ramach wprowadzonej w 1998 r. korekty wyłączono kwestię kary śmierci z tekstu powyższego numeru dotyczącego stosowanych przez państwo sankcji i przeniesiono do następnego numeru 2267. Wskazano wprawdzie, że tradycyjne nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania kary śmierci, jeśli jest ona jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym napastnikiem, jednak kara śmierci nie była już tu elementem regularnego zestawu sankcji wymierzanych przestępcom, a była postrzegana jako kara absolutnie nadzwyczajna. Dodatkowo punkt ten został uzupełniony przez fragment tekstu encykliki Jana Pawła IIEvangelium vitae, w którym papież stwierdzał, że przypadki absolutnej konieczności usunięcia sprawcy są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale(EV 56).

To ostatnie stwierdzenie, wypowiedziane wtedy przez Jana Pawła II jako ostrożne przypuszczenie, może być dzisiaj – jak zdaje się twierdzić papież Franciszek – podtrzymane i potwierdzone z całą pewnością, co skłania do uczynienia kolejnego kroku. Najnowsze brzmienie katechizmowego numeru 2267 składa się z trzech elementów. Pierwszy element rekapituluje skrótowo historię kościelnego nauczania o karze śmierci jako karze odpowiedniej do najcięższych przestępstw. Drugi element wskazuje na aspekty przemian w społecznych, które uzasadniają zmianę: najpierw upowszechnienie się świadomości, że osoba ludzka nigdy nie traci swojej osobowej godności, po wtóre głębsze zrozumienie sensu sankcji stosowanych w ramach systemu penitencjarnego państwa, które nie mogą nigdy być rodzajem zemsty i nie powinny zamykać przestępcy drogi do nawrócenia i poprawy oraz – co jest tutaj kluczowe – istnienie skutecznych możliwości ochrony obywateli przed przestępcami bez konieczności odbierania im życia. Trzeci element dokonanej korekty zawiera kluczowe zdanie, przywołujące wypowiedź papieża Franciszka z 2017 r.: Dlatego też Kościół w świetle Ewangelii naucza, że „kara śmierci jest niedopuszczalna, ponieważ jest zamachem na nienaruszalność i godność osoby” i z determinacją angażuje się na rzecz jej zniesienia na całym świecie.

Dokonana zmiana leży faktycznie na linii rozwoju nauczania Magisterium Kościoła i jest w zasadzie jeszcze wyraźniejszym wyakcentowaniem opartego na wierze w Chrystusa przekonania, że na obecnym poziomie rozwoju ludzkości kara śmierci rozumiana jako zwyczajny albo nawet jako nadzwyczajny element systemu penitencjarnego, nie da się pogodzić z przesłaniem Ewangelii.

Warto jednak podkreślić pewną istotną kwestię. Otóż nie powinno się zrównywać „nie” Kościoła wobec kary śmierci z kościelnym „nie” wobec aborcji. Bezpośrednia i zamierzona aborcja jest zawsze i w każdych okolicznościach ciężkim moralnym złem (w języku teologii moralnej mówi się o „złu samym w sobie” – intrinsece malum), które nigdy nie jest usprawiedliwione. Natomiast sprzeciw wobec kary śmierci – chociaż uzasadniony również szacunkiem dla życia i godności człowieka – jest powiązany z istnieniem wystarczających środków ochrony obywateli. Zrewidowany tekst Katechizmu stwierdza wprawdzie, że tak właśnie jest i dlatego kara śmierci może być określona jako niedopuszczalna. Nie oznacza to jednak, że nie może powtórzyć się sytuacja, do której nawiązywało dotychczasowe sformułowanie Katechizmu, a więc sytuacja, w której kara śmierci byłaby jedynym środkiem ochrony niewinnych przed niesprawiedliwym agresorem. Chociaż więc wprowadzona przez papieża Franciszka korekta dopowiada i rozwija wypowiedzi jego poprzedników, trudno mówić o radykalnej zmianie nauczania Kościoła w kwestii kary śmierci.

 

Marian Machinek MSF

„Pan chce od nas wszystkiego” (GE 1)

Papież Franciszek przyzwyczaił już świat do swojego niekonwencjonalnego języka, nie tylko w ramach codziennych homilii w Domu św. Marty czy przypadkowych spotkań z dziennikarzami, ale także w oficjalnych dokumentach, będących wyrazem nauczania Magisterium. Taką specyfikę ma także najnowsza papieska adhortacja zatytułowanaGaudete et exsultate. Dokonany przez Franciszka wybór tematu może w pierwszej chwili zaskakiwać: papieskie napomnienie nie dotyczy tym razem ani spraw socjalnych, ani też tematów kontrowersyjnych, ale powołania do świętości.

Sposób, w jaki Franciszek podchodzi do tego zagadnienia pokazuje jednak, że papież wcale nie chce wgłębiać się w teologiczne dywagacje, które nie dotykałyby codzienności. Wręcz przeciwnie, pragnie pokazać, że właśnie kwestia świętości – jak żadna inna – dotyka i dotyczy codzienności, a poprzez nią samego sedna i sensu ludzkiego życia. To że Bóg oczekuje naszej świętości oznacza Jego nadzieję, że „nie zadowolimy się życiem przeciętnym, rozwodnionym, pustym” (GE 1).

Od razu na początku papież bardzo mocno wskazuje na zwyczajnośćdrogi świętości. Ta zwyczajność nie oznacza przeciętności i niedbalstwa w życiu duchowym, ale oznacza to, że prawdziwa świętość nie musi się wiązać ani ze spektakularnymi czynami, ani ze szczególnym zawodem czy sposobem życia, ani z eksponowaną pozycją w Kościele. Zwyczajność oznacza, że drogą do osiągnięcia świętości są codzienne prace, obowiązki i czynności, choćby miały być zupełnie niedoceniane przez otoczenie. Papież przytacza w tym kontekście doświadczenie kard. Francoisa-Xaviera Nguyen Van Thuan, który w czasie swojego uwięzienia postanowił „dokonywać zwykłych czynów w niezwykły sposób” (GE 17).

Papież pokazuje także indywidualnośćdrogi świętości. Jak pisze Franciszek, świadectwa życia wielkich świętych stanowią wprawdzie pomocną motywację, nie są jednakże wezwaniem do kopiowania ich. „Liczy się to, by każdy rozpoznał swoją drogę i wydobył z siebie to, co najlepsze, to, co najbardziej osobistego Bóg w nim umieścił” (GE 11). Świętość to otwarcie całego życia na Boga, tu i teraz. To wybór Boga ciągle na nowo, mimo porażek i grzechów.

Droga świętości – to zdaniem Franciszka droga małych kroków: świętość wzrasta „przez małe gesty” (GE 16). To droga zwracania uwagi na szczegóły, co jest wyrazem postawy kogoś, kto kocha. Może to być możliwe nawet wtedy, gdy człowiek poprzez swoje niewłaściwe wybory zmarnował dużą część swojego życia, jeżeli tylko postanawia, by pozwolić na owocowanie łasce własnego chrztu.

Jak to zazwyczaj bywa w oficjalnych dokumentach, również w najnowszej adhortacji papieża Franciszka są fragmenty bardziej udane i inspirujące, jak i takie, które są mało zrozumiałe czy też mniej istotne. Do tych pierwszych należy niewątpliwie papieska medytacja dotycząca ośmiu błogosławieństw (GE 67-94). Są one tak centralne dla chrześcijańskiej duchowości, że papież nazywa je „dowodem tożsamości chrześcijanina” (GE 63). Wskazują one na ewangeliczny styl życia, który chwilami bywa całkowicie odmienny od tego, który proponuje świat, co sprawia, że chrześcijanin, który pragnie żyć duchem błogosławieństw, będzie szedł pod prąd modom i tendencjom społecznym. Franciszek nie dokonuje tu teologicznej egzegezy tekstu błogosławieństw zawartego w Ewangelii Mateuszowej, ale prowadzi refleksję biblijną zmierzającą do wskazania sedna postawy, o którą chodzi Jezusowi. Jednocześnie papież podkreśla z naciskiem, że droga świętości, jaką jest życie duchem błogosławieństw nie może zapominać o życiodajnym związku z Jezusem. Nie chodzi tu o jakiś program pracy nad sobą, ale o owoc relacji z żywym Bogiem. Musi ona też znaleźć swoje odzwierciedlenie w zaangażowaniu społecznym. „Nie możemy wyznaczać sobie ideału świętości, który pomijałby niesprawiedliwość tego świata” (GE 101).

Chociaż to, co mówi papież nie jest nowe – gdyż stanowi klasyczną wykładnię chrześcijańskiej duchowości –, to nowy jest niewątpliwie prosty i zrozumiały język, a także pewne specyficzne rozłożenie akcentów. Elementem świętości, który papież szczególnie akcentuje, jest ewangeliczna łagodność. Nie jest ona wyrazem kapitulacji wobec naporu zła, ani też kalkulacji, obliczonej na zrobienie wrażenia na otoczeniu. Jest to raczej wyraz wewnętrznego pokoju i stabilności płynących z pewności, jaką daje wiara. Łagodność jest reakcją serca, które zostało „uspokojone przez Chrystusa, uwolnione od owej agresji, która wypływa z wyolbrzymionego ja” (GE 121).

Gaudete et exsultateto tekst, który można polecić każdemu, kto odczuwa tęsknotę za rozwojem duchowym, za życiem pełniejszym i głębszym; każdemu, kto tęskni do świeżości, jaka płynie z Ewangelii.

Marian Machinek MSF

Największy fake news w historii

Pojęcie fakt medialny przyjęło się już na dobre w języku polskim. W odróżnieniu od faktu rzeczywistego (jakkolwiek pachniałoby to tautologią), fakt medialny jest produktem kogoś, komu zależy na skutecznym rozpropagowaniu informacji, wyjaśnienia czy poglądu w jak najszerszym kręgu odbiorców. Podobne do niego pojęcie fake newswskazuje na informację, która jest wprawdzie zupełnie fałszywa, jednak potrafi tym mocniej zagnieździć się w umysłach odbiorców, im bardziej odpowiada ich oczekiwaniom i wydaje się być racjonalna.

Chociaż w czasach Chrystusa nie było mediów, a tym bardziej mediów społecznościowych, które potrafią bardzo skutecznie przekazywać wszelkiej maści fake newsy, to jednak była poczta pantoflowa i była powszechna opinia społeczna. Trudno się więc dziwić, że zadziałały tu takie same mechanizmy, które działają dzisiaj. „Rozpowiadajcie takJego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdy spaliśmy. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu” (Mt 28, 13-14). W ten sposób został wyprodukowany największy fakt medialny w historii. Jego wytworzenie było potrzebą chwili. Warto wejść na chwilę w sposób myślenia jego twórców. Pospieszne uśmiercenie Jezusa z Nazaretu tuż przed Paschą miało raz na zawsze rozwiązać problem tej wielce niewygodnej postaci. Skala zamętu, będąca pokłosiem Jego popularności wśród zwykłych ludzi, była zbyt duża, by móc ją zignorować. Jednocześnie niektóre Jego wypowiedzi mogły zostać wykorzystane do tego, by zasugerować Rzymianom potencjalne niebezpieczeństwo niepokojów społecznych, a w tej kwestii rzymskie władze okupacyjne były bardzo wrażliwe. Tymczasem jednak zamiast ostatecznego rozwiązania „kwestii Jezusa” sprawy przybrały jeszcze bardziej niepokojący obrót. Wieść o Jego zmartwychwstaniu, mimo precyzyjnego stwierdzenia jego niewątpliwego zgonu na krzyżu, mogła wyrządzić szkody nie do przewidzenia. Powodzenie nowo wyprodukowanego faktu medialnego opierało się z jednej strony na bardzo przemyślanej strategii: pieniądze – i to niemałe – wręczone strażnikom powinny skłonić ich do bycia skutecznymi multiplikatorami, dzięki którym fake news trafi pod strzechy. Była też obietnica rozmowy z namiestnikiem, który dzięki temu nie powinien stwarzać problemów. A gdyby to nie przekonało strażników, to powinni wyczuć zawartą w tej obietnicy groźbę. Bo przecież z namiestnikiem można też inaczej porozmawiać, sugerując np. by nie certolił się z rozkojarzonymi strażnikami. Z drugiej strony powodzenie tego faktu medialnego było wynikiem tego, że został on skrojony dokładnie według oczekiwań tzw. opinii publicznej. Mogła ona teraz ponownie odsapnąć. Skoro plotki zmartwychwstaniu Jezusa z Nazaretu miały się okazać jedynie nieudolną próbą oszukania społeczeństwa ze strony Jego uczniów, to ostatecznie nie trzeba się niepokoić i przejmować Jego nauką. Wszystko może pozostać jak dotychczas. I można spokojnie pozwolić, by patyna czasu pokryła tą Dobrą Nowinę, którą – trzeba to przyznać – z niezwykłą silą przekonania głosił prorok z Nazaretu….

Opowiadając tą historię Ewangelista Mateusz dodaje swój komentarz: „I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego” (Mt 28, 15b). Trudno się dziwić, że i dzisiaj w czasie wielkich chrześcijańskich świąt – szczególnie Wielkanocy – pojawiają się na portalach internetowych i w tygodnikach opinii różne odmiany tego dawnego fake newsa: historie o znalezieniu doczesnych szczątków Chrystusa bądź nawet o pozornej śmierci Chrystusa na krzyżu i Jego dalszym ukrytym życiu w Indiach lub jeszcze gdzie indziej. I wielu będzie je brało za dobrą monetę, bo są to wyjaśnienia, które o wiele bardziej pasują do wykształconego i nowoczesnego umysłu, niż jakieś zupełnie niezrozumiale i dziwaczne wieści o tym, że Ukrzyżowany powstał z martwych. I chyba dobrze, że tak właśnie pozostaje. Że również po zmartwychwstaniu Chrystusa nie ma namacalnych dowodów prawdziwości Jego Ewangelii, które zmuszałyby wręcz umysł największego nawet sceptyka do wiary w Niego. Wiara pozostaje wiarą. Chociaż nie jest postawą irracjonalną, wymaga kroku w nieznane – wbrew coraz to nowym fake newsom i medialnym faktom. Wymaga kroku w obszar, gdzie nie sięga już ludzki rozum; w obszar, który dla rozumu może być jedynie nieprzeniknioną ciemnością.

Coroczne, naznaczone niezwykłą głębią i przejmujące ceremonie Wielkiego Tygodnia, po których w Wigilię Paschalną wybucha radosne „Alleluja”, są odpowiedzią wierzących na wszystkie fake newsy, produkowane przez wieki. I niezmiennie chrześcijanie pozdrawiają się i będą się pozdrawiali dawnym okrzykiem: „Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie zmartwychwstał”.

 

Marian Machinek MSF

„Góry wysokie! Co im z wami walczyć każe?”

Słowa tej niezwykłej piosenki „Budki Suflera” z 1975 r. krążyły niemalże automatycznie po głowie w dniach, w których rozgrywał się dramat na Nanga Parbat. W tej historii miesza się tyle przeciwstawnych emocji: sukces, ale okupiony śmiercią; bohaterstwo ratowników, ale pozbawione całkowitego zwycięstwa; uratowanie życia jednej osoby, ale także samotna śmierć innej; historyczny wyczyn i gorzka porażka; ekstatyczna radość i bezdenny smutek; podziw jednych i internetowy hejt innych…. Wśród wielu pytań, które w tych dniach publicznie stawiano, pojawiło się też i to: czy śmierć Tomasza Mackiewicza nie była wynikiem braku odpowiedzialności? Czy czasami nie zabrakło powściągnięcia ambicji i najzwyklejszego zdrowego rozsądku? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, nie będąc himalaistą, obeznanym ze wspinaczką i warunkami, jakie panują na Dachu Świata. Jedynie ktoś, kto rozważyłby wszystkie czynniki, zarówno te obiektywne, związane z pogodą, przygotowaniem i wyposażeniem, jak i te subiektywne, związane z osobą tragicznie zmarłego himalaisty, jego historią życia i jego sytuacją rodzinną, mógłby stwierdzić, czy ta wyprawa była jednym z wielu wyczynów himalaistów i alpinistów, czy też była wyrazem niezdrowej ambicji i w ogóle nie powinna była się odbyć. Ostatecznie odpowiedź na to pytanie zna tylko Ten, który jako jedyny całkowicie bez lęku „spogląda w otchłanie i na cherubach zasiada” (Dn 3, 55).

Pod wpływem tego poruszającego doświadczenia można jednak zadać ogólniejsze pytanie: czy w kontekście rangi, jaką chrześcijanie nadają piątemu przykazaniu Dekalogu uprawianie sportów wysokogórskich nie jest niepotrzebnym, wręcz grzesznym narażaniem życia? Chociaż w dyskusji po tragedii na Nanga Parbat nie zabrakło również tego typu komentarzy, jednak trudno byłoby uznać, że wyrażają one prawdziwie chrześcijańskie spojrzenie na tę kwestię. Chrześcijański szacunek dla życia nie oznacza lękliwego odgradzania się od wszystkiego, co wymagające, a nawet czasem niebezpieczne. Wspinaczka wysokogórska i inne wymagające sporty nie mogą też być mierzone jedynie miarą natychmiastowych efektów. Dla wielu osób uprawianie ich jest elementem pracy nad sobą, sposobem na przełamywanie życiowych lęków oraz szkołą charakteru. Stawianie sobie wymagających celów i osiąganie ich, przekraczanie własnej niemocy i lenistwa, wytrzymywanie trudnych warunków i niepogód oraz wytrwałość w podjętej drodze – wszystkie te postawy, które stają się powoli cechami charakteru, mogą pozostawić bardzo dobre echo w rodzinnej i zawodowej codzienności. To, że najbardziej wymagający i niebezpieczny szlak w Polskich Tatrach, jakim jest Orla Perć, został wytrasowany przez katolickiego duchownego, ks. Walentego Gadowskiego, a wśród zdjęć bł. Pier Giorgio Frassatiego są też takie, które zostały zrobione na wierzchołkach alpejskich szczytów, pokazuje, że trudno byłoby w oparciu o piąte przykazanie Dekalogu uzasadnić moralny zakaz tego typu aktywności.

Do tego zasadniczego „tak” dla wspinaczki wysokogórskiej, a także dla nurkowania, żeglarstwa, triatlonu i innych wymagających sportów, trzeba jednak dodać istotne dopowiedzenie. Uprawianie tego typu sportów będzie zgodne z etyką opartą na szacunku dla życia ludzkiego jedynie wtedy, gdy dzięki cnocie roztropności ograniczone zostanie ryzyko, jakie z tym się wiąże. Cnota roztropności pozwala odróżnić ambicję od próżności, pasję od obsesji, odwagę od brawury, rozsądek od głupoty. Będzie ona wskazywać różną miarę dla różnych ludzi, w zależności od kondycji fizycznej i psychicznej, doświadczenia, posiadanego sprzętu, a także stopnia odpowiedzialności za innych. Ostatecznie może się okazać, że wejście na Świnicę czy Rysy w naszych Tatrach w półbutach o gładkiej podeszwie, bez doświadczenia i przy niestabilnej pogodzie będzie bardziej problematycznie moralnie, niż zimowy atak na K2 w Himalajach w gronie doświadczonych wspinaczy i przy bardzo dobrym wyposażeniu i zabezpieczeniu. Istotny jest roztropny margines bezpieczeństwa, który będzie wyrazem troski życie i zdrowie własne i tych, za których jest się odpowiedzialnym. Nie wolno go przekraczać tylko dlatego, że w grę miałyby wchodzić zaspokojenie ambicji, ucieczka od nudnej codzienności bądź też zaangażowanie znacznych środków finansowych w zorganizowanie takiej czy innej wyprawy. Wysokie góry są nie tylko dla odważnych, ale przede wszystkim dla rozważnych.

 

Marian Machinek MSF

Dobre postanowienia na początek roku

Pierwszy dzień nowego roku kalendarzowego to czas nie tylko składania sobie nawzajem najlepszych życzeń, ale także czas osobistych podsumowań i robienia postanowień dotyczących zmian, które mają zapewnić lepszą przyszłość. Można ten zwyczaj podejmowania postanowień traktować z przymrużeniem oka, tym bardziej, że większość z nich faktycznie ma bardzo krótkie życie i znika z pola widzenia już w pierwszych dniach nowego roku. Z drugiej strony jednak mamy tu do czynienia z jakąś głęboką ludzką potrzebą, Człowiek musi od czasu do czasu ustanowić coś w rodzaju życiowego „punktu odcięcia”, który pozwoli pozostawić przeszłość, szczególnie tę nieprzyjemną, naznaczoną porażkami i ciosami losu. W ten sposób można niejako bez balastu zwrócić się ku przyszłości, otworzyć się na nowy czas i nowe możliwości. Człowiek potrzebuje tego powiewu optymizmu płynącego z przekonania, że oto można życie zacząć niejako od nowa.

Z punktu widzenia wiary chrześcijańskiej za tym powszechnym noworocznym zwyczajem kryje się bardzo istotna Boża pedagogia. Bóg chce zabrać człowiekowi niepotrzebne balasty i otworzyć go na nową łaskę. Jedną z przyczyn życiowego zmęczenia, przygnębienia, kryzysu, a czasem coraz głębszego zapętlenia w zło, jest tkwienie myślami w przeszłości, rozpamiętywanie porażek, pielęgnowanie urazów do tych, którzy nas skrzywdzili, irytacja nad postępowaniem innych: od niezbyt przyjemnych sąsiadów i współpracowników, poprzez kierowców (w przypadku pieszych) i pieszych (w przypadku kierowców), aż po lokalnych, krajowych i światowych polityków. Oczywiście nie da się całkowicie uwolnić człowieka od przeszłości i Bóg tego wcale nie zamierza czynić. Ale może uwolnić człowieka od fiksacji na tym z przeszłości, co było negatywne. Biblia daje w tej materii znakomitą radę: Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was (1P 5,7).     Dla katolika takim aktem przerzucenia trosk na Boga jest niewątpliwie przystąpienie do spowiedzi. Dzięki sakramentowi pokuty nieprzyjemna, dotkliwie bolesna i obciążająca przeszłość może zostać zawierzona Bogu. Spowiedź to także miejsce, gdzie można na nowo doświadczyć, że Bogu rzeczywiście zależy na mnie. Sakrament pokuty wiąże się z podobnym poczuciem, jakie towarzyszy ludziom na początku nowego roku. Oto stare odchodzi i można je zamknąć, a otwiera się nowy czas. Podobnie też jak na początku nowego roku nieodzownym elementem sakramentu pokuty jest uczynienie postanowienia poprawy.

Żeby z takim postanowieniem nie było podobnie, jak z wieloma postanowieniami czynionymi w noc sylwestrową, musi ono spełniać kilka warunków. Musi być najpierw konkretne. Postanowienia typu: „Będę spokojniejszy” lub „Będę mniej pił” szybko znikają jak poranna mgła właśnie dlatego, że są za ogólne. Drugą cechą dobrego postanowienia jest to, że musi być realistyczne. To niewątpliwie bardzo istotne, by człowiek uświadamiał sobie dalekosiężne cele, które chce osiągnąć. Jednak zgodnie ze starym porzekadłem nawet najdłuższa droga rozpoczyna się od pierwszego kroku. Dlatego trzeba drogę ku osiągnięciu szczytnych celów rozpocząć od małego kroku w dobrym kierunku. I wreszcie dobre postanowienie musi dotyczyć teraźniejszości. Postanowienia, które najczęściej kończą się fiaskiem, to te, które rozpoczynają się od słów: „Od jutra….”. Dzisiaj – ten konkretny dzień, który właśnie trwa, jest odcinkiem czasu, który można objąć myślą i wolą, by ukształtować go zgodnie z podjętym postanowieniem. Chrześcijanin dostrzega w tym pragnieniu zmiany coś, co może okazać się decydujące: łaskę Bożą. Nie jest ona magiczną siłą, która umożliwiałaby dokonywanie jakichś gigantycznych życiowych skoków, ale jest mocą Bożą, która jest skuteczna zawsze wtedy, gdy człowiek postanawia wykonać kolejny krok w dobrym kierunku.

Istotnym elementem udanych postanowień jest także umiejętność cieszenia z małych zwycięstw, celebrowania ich jako niewielkich wprawdzie, ale jak najbardziej rzeczywistych sukcesów, które wskazują na to, że nie wszystko w życiu musi pozostać takim, jakim było do tej pory. Zanim upieczony zostanie końcowy, imponujący bochen chleba, trzeba się umieć zadowolić pieczeniem małych bułeczek. Taka postawa sprawia, że cała uwaga nie jest skoncentrowana na dalekim i – jak się wydaje – absolutnie nieosiągalnym ostatecznym celu, ani też człowiek nie skupia się na swoich dotychczasowych porażkach.

Niewątpliwie cała ta sprawa z noworocznymi (lub też związanymi ze spowiedzią) postanowieniami ma w sobie coś z taktyki przetrwania wobec nudy i ciężarów codzienności, zawiera też w sobie odrobinę sporą porcję autosugestii. W sumie jednak może się okazać skutecznym środkiem w ukierunkowaniu życia na zupełnie nowe tory, a przecież o to właśnie chodzi. Co zatem postanawiasz na początku nowego roku?

 

Marian Machinek MSF

 

 

Gdzie jest cudowny świat szacunku wobec kobiet?

Skandale seksualne nie są niczym nowym. Jednak ujawniane w ostatnich miesiącach przypadki molestowania seksualnego w kraju (jak np. te popełnione przez dziennikarzy „Gazety Wyborczej” i „Krytyki Politycznej”) i za granicą (np. te, których dopuścił się jeden z najbardziej wpływowych hollywoodzkich producentów filmowych Harvey Weinstein) mają w sobie coś szczególnego. Otóż tym razem wulgarne i pozbawione szacunku wypowiedzi, niedwuznaczne gesty, a nawet czynne napaści, aż po wymuszanie aktów seksualnych i gwałty, dotyczą środowisk, które słyną ze swobody obyczajów dotyczących sfery seksualnej. Z jednej strony szczycą się one, że pozbyły się niepotrzebnych a nawet szkodliwych blokad i są wyzwolone od jakiejkolwiek formy opresyjnej, bo zbudowanej na nakazach i zakazach chrześcijańskiej moralności, z drugiej natomiast środowiska te wypisały na swoich sztandarach postulaty szacunku dla wolności i godności kobiety jako swój znak rozpoznawczy. Jak twierdzą ich przedstawiciele, źródłem ataków na kobiety jest tradycyjna moralność z jej postulatami wychowania młodzieży do panowania nad popędem seksualnym i wierności małżeńskiej. Ten model wychowania skutkuje rzekomo nie tylko brakiem dostatecznej wiedzy o seksie, ale także nieracjonalnymi i szkodliwymi ograniczeniami sfery seksualnej, które stanowią mentalną i społeczną przeszkodę w swobodnym z niej korzystaniu. Jeżeli ta diagnoza miałaby być prawdziwa, to skąd akty seksualnej agresji wobec kobiet właśnie tam, gdzie od dawna już żyje się zgodnie z nowym, liberalnym podejściem do sfery seksualnej?

Głębokim korzeniem ataków seksualnych nie jest bynajmniej, jak się okazało, ideowa przynależność do obozu krytykującego postulaty środowisk feministycznych i opowiadającego się za tradycyjnym modelem małżeństwa i relacji między kobietami i mężczyznami. Jest nim raczej przedmiotowe traktowanie kobiet, kobiecości i sfery seksualnej, postrzeganie ich w kategoriach towaru czy usługi. Właśnie takie podejście, promowane przez liberalne media, stanowi współczesny dominujący kontekst, kształtujący umysły i mentalność społeczeństw na skalę globalną. Męska przemoc seksualna wobec kobiet rozpoczyna się i dojrzewa w świecie męskich myśli i pragnień seksualnych, rozbudzanych i kształtowanych od dzieciństwa.

Ciekawe, że właśnie w tym obszarze chrześcijańska tradycja stawia niezwykle trafną diagnozę. W tekście stanowiącym coś w rodzaju kompendium nauki Jezusa, jakim jest tzw. Kazanie na Górze (rozdziały 5, 6 i 7 Ewangelii Mateuszowej), wskazuje On w dosyć drastycznych słowach na konieczność kształtowania czystego spojrzenia: Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie (Mt 5, 27-30a). Te drastyczne metafory nie dotyczą wprawdzie sytuacji przemocy seksualnej, mają być jednak obrazem determinacji, która jest konieczna, by nie wytworzyć w sobie wykrzywionego podejścia do sfery seksualnej. Przemoc seksualna wobec kobiet rodzi się w świecie fantazji erotycznych, budowanych na obrazach, w których kobieta traktowana jest jako przedmiot, który może być w dowolny sposób używany, tak jak się używa rzeczy. Dzieje się to wprawdzie w intymnej sferze męskiego serca i przez długi czas może być skrywane za nieskazitelną zewnętrzną postawą wobec kobiet. Jednak w niektórych, jak się okazuje wcale nierzadkich przypadkach, stosowna sytuacja gwałtownie ujawnia to, co od dawna dzieje się we wnętrzu ludzkiego serca. Przypomina się w tym miejscu stare porzekadło: „Co pomyślisz dzisiaj, powiesz jutro, a zrobisz pojutrze”.

Nie sposób nie zadać krytycznego pytania, czy należy dziwić się aktom przemocy seksualnej wobec kobiet, gdy w sieci funkcjonuje kilka milionów stron pornograficznych? Tym bardziej zdumiewa fakt, że kampania internetowa #Me Too, w ramach której gromadzone są skargi kobiet na akty seksualnego molestowania, jest promowana przez te same środowiska, które zaciekle walczą z wszelkimi programami wychowania dzieci i młodzieży do czystości i promują nieoparte na wartościach, czysto funkcjonalne podejście do sfery seksualnej. Kiedy promotorami akcji sprzeciwu wobec molestowania seksualnego kobiet stają się inne kobiety, które ze swej strony nie unikają rozbieranych sesji dla popularnych magazynów dla panów i kreują się na symbole swobody seksualnej, nie można się oprzeć wrażeniu głębokiej sprzeczności.

Każda forma przemocy seksualnej wobec kobiet musi być zdecydowanie potępiona. Tak samo zdecydowanie należy jednak potępić także zatrute źródła, które tworzą mentalność sprzyjającą traktowaniu kobiet jak rzeczy. 

 

Marian Machinek MSF

Do granic

Dla jednych modlitwa różańcowa, w której w całej Polsce uczestniczyło około milion osób była akcją sięgającą do granic absurdu. Dla wierzących było to wyjście w przestrzeń publiczną z przesłaniem zaufania wobec Boga i powierzenia się wstawiennictwu Maryi. Akcja „Różaniec do Granic” zorganizowana przez Fundację „Solo Dios Basta” przy poparciu polskich biskupów niewątpliwie poruszyła opinię publiczną, nie tylko w Polsce. Warto zwrócić uwagę na kilka jej wymiarów.

Była to inicjatywa, którą w pełnym tego słowa znaczeniu można nazwać oddolną – zaproponowana i kierowana przez świeckich katolików, świadomych swojej wiary i odpowiedzialności za głoszenie Ewangelii. Tym, co ją wyróżnia spośród innych tego rodzaju inicjatyw było pełne poparcie ze strony polskiego episkopatu. Ostatecznie była to więc inicjatywa całego Kościoła w Polsce, która stała się przykładem udanej i owocnej współpracy między świeckimi i pasterzami.

Rozmiary uczestnictwa w „Różańcu do Granic” zaskoczyły zapewne nawet samych organizatorów, ale musiały też poważnie zaniepokoić krytyków. Okazało się bowiem, że w polskim Kościele, mimo agresywnej promocji stylu życia „jakby Boga nie było”, istnieje ogromna rzesza katolików świadomych swojej wiary i nie wstydzących się wyznawania jej wobec świata. Modlitwa różańcowa setek tysięcy ludzi była jednym z tych momentów w najnowszej historii Polski, które pozwoliły doświadczyć niezwykłego poczucia wspólnoty. W odróżnieniu jednak od innych momentów, tym razem nie chodziło o reakcję na tragiczne wydarzenia, jak np. śmierć Jana Pawła II czy też katastrofa smoleńska, ale o wspólnotę modlitwy zawiązaną w samym środku codzienności, bez związku z jakimś wstrząsającym wydarzeniem.

„Różaniec Do Granic” nie był oczywiście jedynie jakimś religijnym happeningiem. Nawiązania z jednej strony do liturgicznego wspomnienia Matki Bożej Różańcowej, a tym samym do zwycięstwa odniesionego w 1571 r. nad zagrażającą chrześcijańskiej Europie flotą Imperium Osmańskiego, a z drugiej do setnej rocznicy objawień w Fatimie, sprawiają, że ta masowa wspólna modlitwa stała się wyrazem żarliwego pragnienia odnowionego głoszenia światu Ewangelii i uchronienia go przed ateizacją.

W tym sensie „Różaniec Do Granic” stał się rzeczywiście mocnym wyrazem odmiennego od dominującego w obszarze europejskich i światowych elit pomysłu na kształt społeczeństwa. W ramach tego forsowanego także przez największe ponadnarodowe organizacje projektu reedukacji społeczeństw wiara w Boga jest jedynie czymś prywatnym, czymś, co wstydliwie należy ukrywać i co w żaden sposób nie może mieć wpływu na stanowione prawo i ogólnospołeczne standardy moralne. Przestrzeń publiczna ma być „neutralna”, co w praktyce oznacza – ateistyczna. Każda inicjatywa ludzi wierzących w przestrzeni publicznej jest traktowana z wielką podejrzliwością, a im jest silniejsza, z tym większą wrogością jest zwalczana. Tymczasem wierzący chcą jedynie tego, do czego mają przecież prawo na równi ze wszystkimi inaczej myślącymi: chcą w dyskusji na temat kształtu świata, Europy i Polski być traktowani poważnie wraz ze swoimi przekonaniami oraz swoją zbudowaną w oparciu o wiarę kulturą i tożsamością; chcą mieć taki sam wpływ na życie społeczne, stanowienie prawa i życie publiczne, jaki mają inni.

Wśród komentarzy, jakie pojawiły się po „Różańcu Do Granic” były także takie, które wyrażały poczucie wstydu i zażenowania wobec stopnia rzekomego zacofania i zaściankowości setek tysięcy wierzących Polaków. Poza brakiem taktu i podstawowej tolerancji wobec inaczej wierzących tego rodzaju komentarze ujawniają głębokie kompleksy, jakie wyrażający je mają wobec europejskiego i światowego laickiego establishmentu.

Kiedy ogląda się zdjęcia rozmodlonych tłumów podczas „Różańca Do Granic” przychodzi na myśl pewna scena ze starotestamentalnej Księgi Jozuego. W jednym z decydujących dla historii narodu wybranego momentów Jozue zwraca się do zgromadzonych współziomków z niezwykłym apelem: każe im mianowicie dokonać jasnego wyboru między bogami obcymi a wiarą w Jahwe – Boga Izraela: Gdyby jednak wam się nie podobało służyć Panu, rozstrzygnijcie dziś, komu służyć chcecie, czy bóstwom, którym służyli wasi przodkowie po drugiej stronie Rzeki, czy też bóstwom Amorytów, w których kraju zamieszkaliście. On sam składa przy tym jasną deklarację: Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu” (Joz 24, 15).

 

Marian Machinek MSF

Sakrament jedności

W historii Kościoła zdarzało się nieraz, że natchnienia, dane pojedynczym wierzącym, robiły niezwykłą „karierę” w Kościele. Taka jest też historia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, czyli Bożego Ciała. Uroczystość ta jest obchodzona już przez ponad siedem wieków, a dla każdego Polaka kojarzy się ona nieodłącznie z procesją z Najświętszym Sakramentem po ulicach miast i wiosek. W pewnym sensie jest to jakaś demonstracja wiary, ale jeżeli już – to tylko w pewnym i to bardzo specyficznym sensie. Przecież nie ma tu żadnych transparentów, ani okrzyków, ani skandowania. Jest raczej publiczna adoracja i osobiste świadectwo tych, którzy na oczach innych (i wobec ich nierzadko niewybrednych komentarzy) idą za eucharystycznym Chrystusem.

Boże Ciało to jednak przede wszystkim okazja do głębszej refleksji nad znaczeniem Eucharystii. Jest ona samym sercem publicznego kultu Kościoła katolickiego i – jak czytamy w soborowej Konstytucji o Liturgii Świętej – „szczytem i źródłem” całego życia Kościoła (KL 10). Przyjmowanie Eucharystii ma przede wszystkim istotne znaczenie dla osobistej pobożności każdego katolika. Oto poprzez przystępowanie do Komunii Świętej włączam całe moje życie, moje sukcesy i porażki, w to ostateczne oddanie Jezusa Ojcu w niebie, jakie dokonało się w Ofierze Krzyża. Oto przyjmuję Chrystusa do swojego życia i pozwalam, by było one przez Niego przemieniane.

Ten silny indywidualny rys zawsze cechował udział katolików we Mszy św. Czasami jednak sprawiał, że on, że znaczenie Eucharystii było zawężane do tej – niewątpliwie ważnej, ale nie jedynej – osobistej relacji pojedynczego wierzącego z Chrystusem. Nie jedynej, bo jest jeszcze wspólnotowy wymiar Eucharystii. Wskazuje nań Paweł, pisząc do chrześcijańskiej wspólnoty w Koryncie: Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba (1 Kor 10,17). Wielu przyjmuje jeden chleb, jednego Chrystusa, który stanowi podstawę jedności głębszej, niż wszelkie inne ludzkie więzy, także więzy krwi. Ta rzeczywistość umyka uwagi wierzących, bo gdzieś na dnie naszego serca jesteśmy indywidualistami i po części – egoistami. Nie dostrzegamy, że Eucharystia tworzy z nas jedno Ciało. Ten fakt dotyczy nie tylko życia duchowego i religijnego, ale powinien mieć realne przełożenie na wszelkie relacje międzyludzkie, a zważywszy, jaki procent stanowią w Polsce katolicy, także na życie społeczne i polityczne. Nie oznacza to oczywiście i nie może oznaczać jakiejś unifikacji. Nie oznacza, że nie możemy się różnić, popierać odmienne rozwiązania polityczne, zmagać się o to, co uważamy za właściwe, toczyć spory o kierunki rozwoju kraju. Owszem możemy, a nawet powinniśmy to czynić, jeżeli mamy pozostać uczciwymi, szczerymi ludźmi.

Jednak tam, gdzie znika ostatnia nić porozumienia, a pozostaje już jedynie niechęć, a nawet nienawiść, dążąca do zniszczenia drugiego – jeśli nie fizycznie, to przynajmniej społecznie, niszcząc jego dobre imię i posądzając o najgorsze intencje i zamiary – tam ten wspólnotowy wymiar Eucharystii zostaje podeptany. Widać to niestety w dyskusjach politycznych, w kampaniach społecznych, na forach internetowych, w pracy dziennikarzy, a nawet w prywatnych rozmowach. Stosunki społeczne w Polsce osiągnęły poziom agresji, którego do tej pory nie było. Najbardziej smutne jest to, że wśród tych, którzy się nawzajem lżą i niszczą, są także katolicy. Ci sami, którzy potem podchodzą do tego samego eucharystycznego stołu i przyjmują tego samego Jezusa. Gdy ktoś zdecydowanie odrzuca wolę pojednania i pragnie zniszczyć drugiego, a potem przyjmuje Eucharystię, postępuje tak, jakby wyrzucił świętą hostię w krzaki lub wdeptał ją w błoto ulicy. Taka postawa to jeden z najbardziej podłych rodzajów świętokradztwa.

Jeszcze bardziej szokuje, gdy tego rodzaju postawy i wypowiedzi wychodzą z ust duchownych, nawet jeżeli zostały wyrażone w prywatnej rozmowie. „Nie polemizować, zniszczyć!” – te słowa, wypowiedziane przez katolickiego kapłana, a upublicznione niedawno w mediach, można uznać za ikonę pewnej postawy, która w drastyczny sposób przeczy temu wspólnotowego wymiarowi Eucharystii. Trudno się dziwić, że inaczej wierzący i niewierzący nie będą skłonni do zrozumienia tajemnicy Eucharystii. Jednak wobec zaostrzającego się konfliktu społecznego najwyższa pora, by katolicy zdali sobie sprawę z tego, jakie zobowiązanie przyjmują na siebie, przystępując do Komunii Świętej.

Ks. Marian Machinek MSF

UROCZYSTOŚĆ NARODZENIA ŚW. JANA CHRZCICIELA – JAŚKOWICE

 

Kim jestem bardziej: bohaterem czy aktorem?

 

To jest mój drugi pobyt w tej parafii. Trzy miesiące temu miałem okazję spotkać się z dziećmi i młodzieżą w czasie rekolekcji wielkopostnych. Tamta wizyta pozostała w mojej pamięci bardzo żywa do dziś, bo jestem zachwycony prostotą i szczerością Waszych dzieci, które w większości są  ukierunkowane na dobro, co jest zasługą Waszego wychowania…Więc gratuluję.

Skoro dziś zgromadził nas tu Jan Chrzciciel, to postarajmy się wyciągnąć z tego spotkania jakąś lekcję, która w nas pozostanie i mam nadzieję, wyda owoce.

                O Janie Chrzcicielu było już bardzo dużo powiedziane przez poprzednie odpusty parafialne i nie chciałbym powielać pewnych określeń dotyczących jego osoby, ale proszę popatrzeć na niego i zastanowić się, co człowiek żyjący na pustyni 2000 lat temu, ubierający się bez żadnego gustu, jedzący byle co, przez niektórych w takim razie uznany za dziwaka, czego taki człowiek może nas nauczyć w 21. wieku? Jaką może dać nam lekcję?

                Okazuje się, że Jan Chrzciciel to jest jeden z lepszych świętych na dzisiejsze czasy! Proszę zobaczyć jak go określa Biblia: ciągnęła do niego cała Jerozolima i Judea. Co było takiego w Janie Chrzcicielu, że przyciągał do siebie?

                Fascynował dwoma rzeczami: fascynował swoją męskością (to był duchowo twardy facet)i żył tak jak mówił. W Janie nie było aktorskiej gry. Jan był prosty. Jan był spójny, był prawdziwy. Taka postawa jest dziś przez mądrych ludzi bardzo poszukiwana, bo aktorstwa mamy po dziurki w nosie.  Gdy załączymy telewizję i pooglądamy co się dzieje na scenach ekonomicznych, politycznych czy nawet kościelnych, zaczyna nas męczyć aktorstwo, które tam widzimy.

                 Jan Chrzciciel jest nam dany po to, byśmy uczyli się od niego jak żyć z ewangelią w sercu niezależnie od warunków zewnętrznych: niezależnie od tego kto rządzi w państwie, niezależnie od tego jakiego mam szefa w pracy, czy niezależnie od tego czy jestem zdrowy, czy jestem chory.Dziś patrząc na niego, mając w świadomości w jakim środowisku żyjemy, mieszkamy i pracujemy musimy zadać sobie przewodnie pytanie naszego spotkania: kim w takim razie jestem bardziej- bohaterem czy aktorem?

Dla zobrazowania o co mi chodzi, kilka scen:

Przychodzi pan do kancelarii – teoretycznie katolik - i prosi o zaświadczenie, że może być chrzestnym.

- Czy jest pan wierzący i praktykujący?

– No… wie ksiądz… wierzę, ale do kościoła to różnie

- Czyli nie mogę się pod tym z czystym sercem podpisać? – i pokazuję druk na którym jest napisane – że ktoś jest wierzący i praktykujący i może być dopuszczony do godności ojca czy matki chrzestnej.

- No… nie bardzo, rozumie ksiądz, praca, praca… takie czasy…

- Nie,nie rozumiem…

Zastanawia mnie, dlaczego w takich sytuacjach ludzie przychodzą w ogóle do kancelarii? O co im chodzi? Jaką on rolę przede mną odgrywa i w jakim celu? Przecież skoro nie ma wiele wspólnego z religijnością, to po co cały ten cyrk?

                Scena kolejna – mężczyzna 46 lat, teoretycznie katolik: Kościół to samo zło, a księża do zdziercy i czarna mafia … - To w takim razie, skoro Kościół jest taki zły i księża również, to napisz w testamencie i poinformuj rodzinę, że nie chcesz aby przy twojej śmierci był ksiądz z sakramentami; napisz, że nie chcesz księdza na pogrzebie.

 – Nie no przecież, jak to pogrzeb bez księdza…

- To albo bądź konsekwentny w postawie albo przestań takie głupoty gadać, bo odgrywasz aktorską rolę.

                Scena trzecia – wizyta lekarska, kobieta lat 33 teoretyczna katoliczka z małym dzieckiem na ręku, a z drugim w ciąży.

- Panie doktorze, ujmę sprawę tak. Jest mi ciężko w życiu, ciągle zajmuję się dzieckiem, nie mam czasu dla siebie.

- Czy ma pani męża?

- Mam, ale on ciągle w pracy.

- Czego pani ode mnie oczekuje.

- Może mały zabieg panie doktorze? Bo nie jestem gotowa na drugie dziecko. Chcę aborcji.

- Który miesiąc?

- Drugi.

- Mam inny pomysł – mówi lekarz - będzie pani lżej. Może zabijemy to dziecko, które pani ma na rękach, do porodu zostało 7 miesięcy i przez ten okres pani sobie odpocznie i potem urodzi się to drugie dziecko i z nowymi siłami podejmie się pani zadań matki i żony.

- Co proszę? Jak pan tak mógł powiedzieć?

- To pani jak tak może myśleć?!!!

                Odpowiedź na pytaniekim jestem bardziej: bohaterem czy aktorem jest bardzo ważna, gdyż pokazuje wg jakich kategorii staramy się żyć. Aktorstwo w podejściu do Boga sprawia, że stajesz się faryzeuszem, albo fanatykiem. A to denerwuje.

                Mieszkałem kiedyś w małej miejscowości. Małe społeczności mają to do siebie, że na drugim końcu wsi 5 minut później wiedzą, co się wydarzyło u mnie u mnie w domu. Może się okazać, że ktoś w małej społeczności żyje kilka lat, a do głowy ma tłuczone: nie rób tak, bo co sobie ludzie pomyślą. I czasami może się okazać, że ktoś rezygnuje ze zrobienia jakiegoś dobra, w obawie, że to będzie źle odczytane… Momencik… Komu ty się masz podobać w zachowaniu? Sąsiadowi? Jakiejś tam pani, która wie wszystko co się we wsi dzieje i jest jak Radio Wolna Europa? Ty masz się podobać Bogu!Więc jeśli robisz coś, co inni obgadują, ale masz spokojne sumienie i nic ono ci nie wyrzuca, że robisz coś złego, to rób tak dalej, a gadaniem ludzi się nie przejmuj! To jest ich problem, że cię osądzają. Ty masz być światłem. Idź za głosem sumienia! Wtedy jesteś bohaterem.

                W starożytnym chrześcijaństwie ewangelizacja zaczynała się od przykładu: Franek opiekował się Józkiem, bo ten był chory, a po dwóch tygodniach Józek się pyta Franka:

- Ile chcesz za tą opiekę.

Franek:

- Nic.

 Józek na to:

- Jak to nic?

Na co Franek:

- No nic, bo Jezus kazał mi być miłosiernym…

- A kto to jest ten Jezus?

… i zaczynała się ewangelizacja… i w końcu Józek mówi:

 – To ja też chcę być taki jak ty.

I Franek prowadził Józka do biskupai mówi: biskupie Józek chce być chrześcijaninem. A biskup na to: Józek, super. Przyjdź tu za dwa lata i zdecydujemy. Na te dwa lata Józek był włączany do tzw. tiazy – to była grupa ok 10 chrześcijan, która miała za zadanie wprowadzić Józka w chrześcijaństwo i wydać potem o nim opinię: czy się modli, czy jest miłosierny itd. I dopiero wtedy Józek był ochrzczony. Dopiero wtedy Józek wkraczał w świat bohaterów.

                Bohaterstwo ewangeliczne, którego uczy nas Jan Chrzciciel właśnie na tym polega, że swoją postawą zmuszamy niejako innych ludzi do postawienia nam pytania: a dlaczego ty tak żyjesz? Dlaczego nie jesz mięsa w piątek? Dlaczego chodzisz do kościoła? Dlaczego nie zdradzasz swojej żony? Dlaczego jesteś uczciwy w pracy? Dlaczego nie chodzisz w niedzielę na zakupy?

Niech pytają! Ty bądź światłem! Bądź bardziej bohaterem niż aktorem!

                Święci pokazują co to znaczy być człowiekiem sumienia w pogańskim świecie. Biblia nazywa nawet głupcami tych, którzy mówią: „nie ma Boga”.

Ktoś powie teraz: „proszę księdza, no dobrze, ale jak ja mam zmusić mojego męża, mojego syna czy córkę, żeby do kościoła chodzili?”

                Nie zmuszać! Nie wolno!Nigdzie w Ewangelii nie ma nakazu: nawracajcie innych. Jest:nawracajcie się!!! Ale jest też:idźcie i głoście!

Z punktu widzenia Ewangelii jak ktoś chce być głupcem - może. Jak ktoś chce zabijać-może. Jak ktoś chce kraść - może. Jest wolny. Z pogaństwem nie trzeba walczyć!!! Trzeba świadczyć, jak wygląda życie, kiedy Bóg jest Tatą, Maryja Mamą, a Jezus Bratem. Oczywiście jeśli widzę, że ktoś bije kogoś - reaguję w odpowiedni sposób. Chodzi mi o to, że od niewierzących nie należy domagać się aby zachowywali hierarchę wartości jaką posiada wierzący. Ona jest tylko i wyłącznie dla nas, dlatego wg niej żyjemy. Pretensje do pogan, że nie żyją wg dekalogu są nieporozumieniem, oni dekalogu nie uznają więc jak mają wg niego żyć? I po co się wnerwiać, że ktoś jest głupcem. Jak tak chce to proszę bardzo.

                W starożytnym chrześcijaństwie to była norma, że w jednym domu mieszkali chrześcijanie i w niedzielę szli na Eucharystię, a w drugim domu mieszkali poganie, którzy szli do domu uciech. Nikt się temu nie dziwił. Każdego dnia masz wybór. Wybór ma to do siebie, że możesz się nim pochwalić. Nazywamy to odpowiedzialnością. I poganin, i człowiek Ewangelii wezmą odpowiedzialność za swoje wybory. Bóg mówi: nie zabijaj. Ale tylko człowiek, który liczy się ze zdaniem Boga weźmie to sobie do serca. Poganin, nieuznający Boga - ma gdzieś co Bóg mówi.

Sąsiad kosi trawę w niedzielę. Mogę go poprosić, żeby przestał, bo mamprawo do odpoczynku i nie chcę słyszeć wyjącego silnika, ale jeśli sąsiad tego nie zrobi to jest jego problem, nie mój. On nie uznaje niedzieli jako dnia świętego. Szkoda, że nie potrafi uszanować innych, ale to jest jego problem.

                Proszę pamiętać, że to jest mit, że Polska jest katolicka. Wielu jest wśród tzw. katolików - aktorów. I nie należy się temu dziwić. Proszę jednak mieć tą świadomość, że przyszłość Kościoła zależy od prostych ludzi o głębokiej wierze. Przyszłość Kościoła nie zależy od mądrości biskupa, księdza czy całego episkopatu. Przyszłość kościoła i chrześcijaństwa zależy od zwykłych ludzi, żyjących na co dzień ewangelią. Od nas; od człowieka z Jaśkowic, z Zawady, z Zawiści… Dlatego tak ważne jest określenie się, czy jestem bardziej aktorem czy bohaterem…Bo jak jesteś bohaterem w swoim środowisku, to zaczniesz być światłem, rozumiesz?

Bardzo proszę szukać w swoim gronie bohaterów. Oni są, tylko trzeba przestawić swoje myślenie na inny poziom aby ich zobaczyć, bo dla bohatera ewangelicznego liczy się przede wszystkim zbawienie i wszystko co służy zbawieniu jest dobre, a co nie służy zbawieniu jest złe.

Dla mnie pierwszym bohaterem jest mój tata. W seminarium godzinami mówili nam o wartości modlitwy, a dopiero mój tata pokazał mi wartość modlitwy i zrobił to w to w ciągu 3 sekund. Gdy kiedyś wróciłem ze studiów i chciałem oglądnąć wiadomości o godz. 23 w tv, wchodzę do pokoju, gdzie rodzice mają telewizor, a tu patrzę, tata klęczy i się modli. Nic w tym nie byłoby szczególnego, gdyby nie fakt, że tata był po 16 godzinach ciężkiej pracy. Zresztą przez 2,5 roku ciągnął dwie roboty na raz, by zarobić na prymicje. Mamy sporą rodzinę. Z najbliższej rodziny na obiedzie było 96 osób, wszystkich obiadów było wydanych 215. Widząc go klęczącego mi było głupio, bo ja nie miałem takiej wiary jak on, choć uczyłem się na księdza. Patrząc na jego życie, to wiem skąd on ma siłę, żeby ogarnąć pracę, dom, zakupy zrobić, wnuczkami się zająć, obiad ugotować, mimo tego, że mama miała na godz. 6 do pracy a on na 14 to wstawał z nią, robił jej śniadanie, pastował buty i szykował słoik z wodą święconą. I tak 40 lat.

                Bohaterką jest Kaśka, moja koleżanka ze szkoły średniej. Żona i mama dwójki dzieci. 39 lat. Pracuje w jednym z urzędów. Poprzez swoją postawę uczy mnie zaufania Bogu, pokazała mi, że żyjąc w rodzinie i mając codzienne obowiązki domowe jest się w stanie tak dzień zorganizować, żeby znaleźć każdego dnia czas na spotkanie ze Stwórcą. Kaśka ma przy łóżku Biblię i Dzienniczek Faustyny. Rano przez kilka minut czyta Biblię wieczór przez kilka minut Dzienniczek.

                Myślisz sobie, że jesteś za słaby, by być bohaterem? Posłuchaj tego:   

kilka lat temu w jednej ze szkół dyrektor ogłosił na konferencji dla nauczycieli, że będzie ściągał krzyże z sal lekcyjnych. Wezwał na tą konferencję pana Andrzeja, woźnego, który znany był z tego, że za kołnierz nie wylewał. P. Andrzej był kilka razy na izbie wytrzeźwień. Gdy dyrektor na konferencji powiedział p. Andrzejowi: proszę zdjąć krzyże, p. Andrzej powiedział, że nie zrobi tego. Na sali konsternacja, bo ktoś publicznie sprzeciwił się dyrektorowi. Dyrektor mówi, że ma to zrobić. A Andrzej na to: panie dyrektorze, jak ja pijany leżę w trawie, w rowie to tylko Pan Jezus z tego przydrożnego krzyża się na mnie patrzy. Jak ja mam go teraz zdejmować???  I w ciągu trzech godzin p. Andrzej alkoholik miał we wsi większy szacunek niż dyrektor szkoły. Rozumiesz o co chodzi w bohaterstwie? Chodzi o miłość, a nie o doskonałość.

Do bohaterów, którzy wykorzystują łaskę, mogę zaliczyć moich znajomych. Mają ślub cywilny. Są po 50-tce. W związku z tym, że żyją ze sobą jak brat ze siostrą, mają pozwolenie, by przystępować do sakramentów. Potrafili tak swoje wnętrze ukształtować, że dla nich podejście do Komunii Świętej jest ważniejsze, niż podejście do swoich ciał na sposób małżeński.

                Bohaterką jest moja mama. Za każdym razem gdy wychodziła z domu do pracy żegnała się wodą święconą przygotowaną przez tatę w małym słoiczku. Bohaterką była wtedy gdy w nowej pracy miała wredną kierowniczkę, która przez kilka lat poniżała mamę. A moja mama odpłacała jej za to miłością i życzliwością. Mamo wiedz, że staram się w tym Ciebie naśladować. Nie wspomnę już o ogarnięciu domu, zawsze obiad, zawsze czas dla dzieci, mimo tego, że z dojazdem do pracy każdego dnia była po za domem 12 godzin.

                Bohaterowie to te osoby, które boją się pójść do spowiedzi ale idą, bo tęsknota za wewnętrznym pokojem jest u nich silniejsza od strachu.

Bohaterowie to osoby, które są światłem w swoim domu. Nikt do kościoła nie chodzi, a dziecko idzie.

                Bohaterowie to dla mnie osoby, które wahają się czy iść w niedzielę do kościoła czy nie. Ale idą, bo wiedzą, że idą tu po to, by przyjąć Komunię świętą.

                Bohaterowie to gigantyczne grono osób, którzy w swoich domach opiekują się każdego dnia chorą osobą. Śpią przerywanym snem, potem idą do pracy.

                Bohater (bohaterka) to osoba, która przede wszystkim wie kim jest, zna swoją wartość i godność. Bohater słucha sumienia, bo zdaje sobie sprawę, że w świecie, w którym logika działań i postaw zależy od pieniędzy i zaszczytów muszą być wartości niezmienne, które mają dać światło i jednocześnie są przejawem wolności. Bohater to nie jest człowiek, który się nie myli i nie popełnia błędów. Bohater powstaje.

                To są ludzie prawdy, którzy mają po dziurki w nosie aktorskiej gry. To są bohaterowie, którzy słuchają głosu sumienia i nim kierują się w codziennym działaniu. Mają swoją koncepcję świata i taką perspektywę oglądu rzeczywistości, która pozwala na zachowanie ewangelicznego pokoju. Bohater nie stara się rozumieć logiki świata. I proszę nie starać się rozumieć logiki świata. Trzeba znać jej mechanizmy ale szkoda czasu na rozumienie. Zresztą co to za logika, w której 62 najbogatsze osoby na świecie ma tyle pieniędzy co 3,5 miliarda ludzi? Skupmy się na poznawaniu logiki Bożej. Ona daje siłę, ona jest mocą i co najważniejsze daje wolność - i to jest piękne!!!

Bohater wie, że najważniejsze jest to, co o nim myśli Bóg; masz się podobać Bogu a nie ludziom. Masz być człowiekiem sumienia, jak Jan Chrzciciel.

Proszę teraz uważać i matematycznie zobaczyć jedną rzecz. Doba ma 1440 minut. W ciągu doby: pracujemy, śpimy, odżywiamy się itd. Jeden procent czasu z 1440 minut to 14 minut i 14 sekund.  Moje pytanie jest: czy swojemu Stwórcy dajesz codziennie 1% czasu? Czy Temu, który Cię podtrzymuje w istnieniu, który w Jezusie umarł za Ciebie, dajesz przynajmniej 1% czasu na dobę? Dajesz 14 minut? Bo wiesz o co chodzi? Chodzi o to, by twoje mówienie: jestem chrześcijaninem - nie było aktorstwem.

Tylko przez wolny wybór możemy być z Bogiem lub nie. Bo On jest do naszej dyspozycji zawsze. Pytanie tylko czy chcesz?

Proszę w nadchodzącym tygodniu zawalczyć o jeden procent dziennie na oddanie tego czasu Bogu. 14 minut. Dlaczego? Bo tego potrzebuje nasze wnętrze, bo to jest pokarm. Bo modlitwa jest podłączeniem się do Źródła miłości. Przecież co chwilę dajemy innym miłość: dzieciom, żonie, mężowi. Pokłady się wyczerpują. Trzeba pokłady miłości uzupełniać. Nie da się tego zrobić przez kotlety. Modlitwa jest podłączeniem się do Źródła, do Boga, bo Bóg jest miłością a kto trwa w miłości trwa w Bogu a Bóg trwa w nim. 14 minut dziennie… ! To jest proste.

Idźmy w świat zostawiając aktorski świat, a zbliżmy się do świata bohaterów, niech zaświeci nasze światło! Niech Duch Święty nas umacnia.

 

 

 

Zegar

Licznik

Liczba wyświetleń:
462855